wtorek, 20 grudnia 2011

Kalendarz

Co roku w okolicach Bożego Narodzenia kupuję kalendarz. Książkowy, w formacie A5. Bez obrazków, złotych myśli i porad kulinarnych. Z pozoru zeszyt - tylko z ponumerowanymi stronami. Choć wydawać może się to mało interesujące, zawsze celebruję ten moment. Wpisuję do kalendarza podstawowe informacje, mam wtedy w ręku swój najlepszy długopis, a charakterem pisma staram się scharakteryzować siebie - właściciela.

Potem kalendarz służy mi przez cały rok do zapisywania tego, co najistotniejsze: kiedy trzeba odesłać umowę, do kiedy napisać kolejny artykuł, którego dnia pojechać do szkoły. I choć potrafię nie zajrzeć do kalendarza cały tydzień, bez niego czułabym się źle. Wyznacza mi całoroczny rytm istnienia. Brzmi to pewnie wystarczająco patetycznie, by zastanowić się, jakim szaleńcem trzeba być, by nie pracując w korporacji nad międzynarodowym projektem, tak uzależnić się od kalendarza. Mój kalendarz pozwala mi jednak w odpowiednim momencie skupić się i opanować samoistny chaos.

W tym roku kalendarz będzie miał jeszcze jedną funkcję. Z tyłu znajdą się tytuły wszystkich przeczytanych książek. Tych czytanych prywatnie, przy  nocnej lampce i tych studiowanych w największym skupieniu i ołówkiem pod ręką.

O czytaniu jako wartości samej w sobie napiszę innym razem.

środa, 14 grudnia 2011

Na "Listy do M." wybierałam się kilka razy. Na samym początku tuż po premierze, postanowiłam zamówić bilety na kilka godzin przed seansem. Zwykle nie było problemów. Żeby obejrzeć Listy musiałabym rezerwować miejsca co najmniej tydzień przed seansem. Zrezygnowałam, licząc, że tłumy w kinie skończą się po tygodniu, dwóch i pójdę obejrzeć film na spokojnie, w pustej sali kinowej. Nic bardziej mylnego! W końcu miałam rezerwację na niedzielę. Świetne miejsca, z tyłu - tak lubię i z boku - tak najwygodniej. Czekały na mnie od pięciu dni i perspektywa niedzieli w kinie bardzo mnie ucieszyła. Nie na długo. Mąż musiał iść do pracy a ja odwołałam rezerwację. Zamówiłam bilety na wczoraj i udało się. W końcu obejrzałam "Listy do M.".

Uświadomiłam sobie, jak smutne są święta bez dzieci. Czasem nasze wolne dni przypominają Wigilię Małgorzaty i Wojtka.  Jest jedzenie, są rozmowy, filmy, spacery. Tylko nikt nie biega wokół i nie rozlewa soku na wyczyszczony dywan. 

Było refleksyjnie. Nauczyłam się też mówić "psia dupa" i nie zawaham się tego użyć, kiedy będzie trzeba ;-)

Na razie, walczę (psia dupa) z katarem, czy tam przeziębieniem. Mam chyba lekko podniesioną temperaturę. Do niedzieli chyba przejdzie? W poniedziałek muszę być w Krakowie.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Groupon.pl - korzystacie?

Mam możliwość skorzystania z rocznego kursu języka angielskiego za 89zł (przez dwa lata płaciłam po 180zł miesięcznie za swój angielski).

Korzystacie z Groupon? Gdzie jest haczyk?

Waham się, czy nie wykupić tego kursu, ponieważ języków obcych nigdy dość. Nie chcę jednak wplątać się w jakąś niekorzystną dla mnie umowę...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Piszę ostatnio rzadko, bo studia i praca pochłonęły mnie bez reszty. Nie mam wolnego czasu i... bardzo mnie to cieszy! Dlatego też dziś mój wpis będzie niejako podwójny. Po pierwsze wybrałam się w daleką podróż do Krakowa. Po drugie: ocet, skórka od banana i oliwka dla dzieci.

Daleka podróż do Krakowa

Zawsze do Krakowa jechałam samochodem i zwykle "prowadził mnie Krzysztof Hołowczyc:"-) W sobotę wybrałam się autobusem, więc swój wyjazd potraktowałam jako daleką podróż do miasta królów polskich. Kilka dni wcześniej namierzyłam dworzec, piętnaście razy zapytałam, czy autobus na pewno jeździ też w soboty, wywołałam grymas na twarzy Pani z informacji, pytając, jak często kursy wypadają z przyczyn ogólnie zwanych technicznymi. 
Oczywiście założyłam, że mnie okradną i pobiją, więc do kieszeni włożyłam kartkę z telefonem do męża i do Klarki, która, wiedząc że będę bywać w Krakowie, podarowała mi na wszelki wypadek swój numer. Oczywiście mam je wpisane w swojej komórce, ale - jak mi ukradną telefon, to skąd wezmę Klarki numer. Numer męża pamiętam (jako jedyny z przyczyn oczywistych), ale - jak mnie pobiją i stracę pamięć tudzież przytomność, może jakiś dobry człowiek znajdzie go i poinformuje rodzinę. Jednym zdaniem: bałam się jak nie wiem co!

W autobus wsiadłam o 7.28, 9.15 byłam już w Krakowie. Mapa, którą narysowałam dzień wcześniej (bo w drukarce skończył się tusz), okazała się być niepotrzebna, ponieważ przystanek, na którym wysiadłam był na Mickiewicza, gdzie studiuję, jakieś 100 metrów od celu mej podróży. 1:0 dla mnie - pomyślałam - jednocześnie modląc się, by skończyło się przed zmrokiem, bo jak nic pójdę w złym kierunku na przystanek powrotny! Skończyło się o 15.00, więc udało się! 15: 29 wsiadłam w autobus do miasteczka, z którego odebrał mnie mąż. 

W autobusie ludzie i ludziska - młodzi, starzy, w beretach, z gołymi nerkami (...) - Polska to bardzo różnorodny kraj. 

W którymś momencie usiedli za mną jacyś nastoletni panowie. I rozmawiają. Nie przytoczę dosłownie, ale idea będzie zachowana: "Aleś mu wczoraj przyjeb** aż się krwią  ci** zalał, pierdolen*** jeden ze wsi jeban**" "A jak kur**! Się ma talent, to się likwiduje dziadostwo jeba**". I tak z dwadzieścia minut. Po czym wstali, podeszli do drzwi i słowami: "Dziękujemy, do widzenia" pożegnali się z kierowcą.

Ocet, skórka od banana i oliwka dla dzieci

Sprzątać trzeba, bo inaczej się nie da! - mawiam czasem sama do siebie, bo kto by chciał słuchać o sprzątaniu. Zwykle kupowałam różne środki chemiczne. Wiedząc, że to nieekologiczne starałam się nie przesadzać z ilością. Ostatnio, oglądając program "Czysta chata" w TV 4, dowiedziałam się sporo o tym, że warto je zastąpić środkami naturalnymi. 


Powiem od razu - mycie samą wodą to dla mnie nie jest mycie, więc podłogi i naczynia nadal zmywam przy użyciu środków chemicznych. Podobnie jest z wanną i ubikacją. 
Kamień z prysznicowej słuchawki zejdzie, gdy zamoczymy ją w wodzie (1 litr) ze szklanką octu. Boazerię najlepiej nabłyszczać odrobiną oliwy z oliwek (4 łyżki) z wodą (2 łyżki) i chyba także octem. Metalowy zlew  będzie się błyszczał, gdy "wypastujemy" go oliwką dla dzieci. A liście naszych kwiatów świetnie czyści się skórką od banana - dziś testowałam! 

Uświadomiłam sobie, że przynajmniej w kuchni, w której przecież przygotowuję posiłki, powinnam ograniczyć użycie wszelkiej maści chemii. Wnętrze lodówki i tak myłam zawsze wodą z octem, ale teraz przyrządziłam taki roztwór (proporcja wg własnego uznania: pół szklanki octu, do tego woda w butelce - spryskiwaczu o pojemności 750ml). Będzie do mycia blatów, parapetu, czy pieca. 

Ciekawostka: umycie lustra pianką do golenia podobno sprawia, że lustro nie zaparuje nam podczas kąpieli. Dziś umyłam swoje w ten sposób. Nieźle musiałam się namachać ręką, żeby się ładnie świeciło a czy działa - zobaczymy (w telewizji działało:-))

Pozdrawiam Was wszystkich!

piątek, 18 listopada 2011

Dzieci wykształconych

Każdy chce mieć zdrowe dziecko. I żeby w szkole nie miało kłopotów, bo tak sobie mama z tatą myślą, że jak dziecko od szóstego roku życia zachowuje się "nieszablonowo", to potem z wiekiem ta nieszablonowość pójdzie w stronę chuligaństwa. I nikt mi nie wmówi, że dobremu uczniowi więcej nie uchodzi płazem - przecież nie chciał(a), każdemu może się zdarzyć. 

Gorzej, gdy matka z ojcem dyrektorują w szpitalu albo banku a syn Michaś w szkole sobie nie radzi. Na nic tłumaczenia wychowawcy, który gestykulując, przekonuje mamusię, że syn uczynny i wita każdego z daleka, i nigdy się nie spóźnia, i w akademii zawsze chce brać udział, i stara się jak nikt inny! Mama Michasia kocha, ale nie chce, by syn nie miał nawet matury. 

Czy mama się nie stara? A może tato nie zajmuje się dzieckiem wystarczająco? Nic z tych rzeczy. Z Michasiem rodzice się bawią, zabierają do kina, spacerują po parku, uczą odpowiedzialności, powierzając w opiece pieska. Z Michasiem rodzice odrabiają lekcje. Czasem mama, czasem tata. Czasem tylko sprawdzają, żeby Michaś potrafił też sam. Co to za matka, która cały czas nad dzieckiem stoi i pilnuje każdego posunięcia pióra! Zadania Michasia zawsze odrobione, książki spakowane. Bo Michaś w gruncie rzeczy się stara. Jest obowiązkowym dzieckiem. 


Michaś jest w czwartej klasie. Wczoraj mama prosiła: Michał, pamiętasz ile było cztery razy osiem? Michaś, choć bardzo się stara, nie wie. A dwa razy siedem? Michaś nie wie. 
Mama czule głaszcze go po głowie. Tak by chciała, żeby synowi lepiej szło w szkole. Żeby, jaka tata opowie mu o średniowiecznym Krakowie, to chociaż zapamiętał imię króla albo że dowiedział się o powstaniu Akademii Krakowskiej.  

Brzmi stereotypowo. Wiem.

poniedziałek, 14 listopada 2011

O jedzeniu

Czasem mam tak, że kilka dni chodzi za mną jakaś potrawa. I tu nawet nie chodzi o rzeczy, które można kupić i zjeść, ale takie, które jadłam gdzieś, pięknie przyrządzone i teraz mi się chce.

Po pierwsze: pierogi ze szpinakiem. Nigdy nie jadłam szpinaku. Nie sądziłam, że w ogóle może smakować. Byłam pewna, że to coś pomiędzy groszkiem, który lubię i brokułami, które też lubię, ale jeść nie jadłam.
Muszę zerwać z mitem, który głosi, że pierogi zrobić umieją tylko babcie pamiętające recepturę jeszcze z czasów własnej babci. Zrobię pierogi.

Po drugie: łosoś. Jadłam łososia kilka razy w życiu, zawsze w wydaniu restauracyjnym. Sama chętnie przyrządzam filet  z tilapii. Mintaj to sam lód - kupujesz kg ryby, po rozmrożeniu zostaje ci dziesięć deko filetu i parę litrów wody. Sola jakoś mi nie podeszła. A panga - well, well, well - legendy mówią, że w dalekiej krainie hoduje się to żyjątko w wyjątkowo kreatywny sposób, więc zrezygnowałam na starcie. Filety z tilapii są po prostu "mięsiste". Panieruje się to, jak schabowego, potem się nie rozwala przy smażeniu a potem jeszcze świetnie smakuje. No ale - zaraz, zaraz  - łosoś w tradycyjnej panierce? Nie, nie nie. To musi być coś wyjątkowego.

Po trzecie: kończą mi się zapasy moich buraczków. Zrobiłam wprawdzie zaledwie siedem słoików, ale dziś w szafce zauważyłam tylko jeden. Reszta, w składzie dwuosobowym, pożarta;-) Dorobię, bo są pyszne.

A może ktoś robi i ma sprawdzone przepisy? 

niedziela, 13 listopada 2011

Wracam

Długo nie pisałam, bo nie chciałam pisać o smutkach i troskach. Zwłaszcza tych, które w obliczu prawdziwych problemów są po prostu infantylne. Rzeczywiście było tak, że miałam dość siebie. I nie wiem, czy spowodowała to jesień, czy zwyczajnie dopadające czasem ludzi gorsze chwile.

Dziękuję za wysyłane na moją skrzynkę kartki i listy. Zachowam je jako najlepszy środek na trudne chwile.
Spotkałam się ze zrozumieniem i empatią. Ktoś mi dał kopniaka, ktoś pogłaskał. Wszystko było mi lekarstwem.

Poprzedni weekend spędziłam w Krakowie na wyjeździe służbowym w ramach pracy wykonywanej na studiach.  Coś dziwnego jest w tym mieście. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć, że miasto jest zbyt tłoczne, z drugiej jakoś to nikomu nie przeszkadza.
Jedzenie w restauracji Wierzynek, choć w porcjach idealnych dla mnie (a nie normalnych ludzi, którzy zjadają normalne ilości jedzenia), przepyszne. Wielu narzekało, że porcje właśnie za małe, dla mnie wszystko było po prostu wspaniałe. I podane tak inaczej, niż do tej pory zdarzało mi się widzieć.
Podziemia Krakowskiego Rynku - wielkie multimedialne przedsięwzięcie. Do młodych chyba nie da dotrzeć się inaczej niż przez makiety, po których się chodzi albo się ich dotyka. Polecam każdemu, nawet jeśli nie interesuję się historią.
"Klu programu" (rzecz jasna nie części oficjalnej a momentu określanego mianem <<czas wolny>>) - Wedel na Rynku Głównym. Firmowa kawiarnia/cukiernia, w której najróżniejszymi deserami i kawami powstającymi przy udziale oryginalnych produktów Fabryki Przyjemności. Kolejki do stolików mówią same za siebie. Warto. Niech namiastką będzie wizyta na stronie: http://wedelpijalnie.pl/lokale/krakow_-_czekoladowy_sklep/39

Ostatnio dużo pracuję, poza tym piszę referaty, wnioski...
Wracam do Was.

piątek, 4 listopada 2011

O mężach, żonach i pieniądzach

Dziękuję za wsparcie. Wasze maile, wiadomości, wszelkie sygnały sympatii wywołały wiele uśmiechu na mojej twarzy.
Dni mijają mi zwyczajnie. Może trochę się uspokoiłam, może zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że "jest mi szaro". 

Pomijając to wszystko, dostałam wiadomość od pewnej Pani Redaktor. Pani Marta przeczytała na moim poprzednim blogu post o tym, jak ludzie w związkach dzielą się i gospodarują pieniędzmi. 
Jeśli u którejkolwiek Was/Waszych przyjaciół, znajomych to kobieta dba w związku  o finanse a mąż/partner "dostaje" kieszonkowe lub w ogóle nie jest zainteresowany tym, jak wydawane są pieniądze  - zostawia to Wam i jednocześnie zgadzacie się o tym opowiedzieć, proszę o wiadomość.

Żeby wprowadzić Was w klimat, przeklejam mój post: 


Mój mąż to dobry człowiek. Robi dla mnie o wiele więcej niż kiedykolwiek bym się spodziewała, że ktokolwiek dla mnie zrobi. I choć kiedyś liczyłam na to, że zacznie zwracać uwagę na porządek wokół siebie a potem zmywać ... szybko mi przeszło, bo ideały są po prostu nudne!

Mąż W. daje jej co tydzień 600 zł. Za te pieniądze W. kupuje jedzenie i płaci rachunki. Znając realia życia i wydatki, które ponosi W. to całkiem spora kwota. Zawsze coś jej jeszcze zostaje. Jednak i tak nie wydaje mi się to być w porządku - dlaczego ten mąż jej "wylicza" te 600 zł? Czy  nie powinno być tak, że pieniądze są wspólne i jak W. robi zakupy, to bierze tyle ile potrzebuje i jak płaci za prąd i wodę to też wyjmuje pieniądze z konta i po prostu wydaje na to, co służy także mężowi i córce?

Mój mąż nigdy nie spowiadał mnie z wydawanych pieniędzy. Nigdy nie zarzucił, że wydałam za dużo albo że nie umiem oszczędzać. Może nigdy nie miał okazji a może mąż W. boi się tę okazję mieć?
Większe zakupy robimy wspólnie. Droższe i nie będące pierwszej potrzeby wydatki (buty, które zwyczajnie mi się spodobały i są już kolejną parą butów tego typu; gra, która lada dzień pojawi się na rynku...) po prostu omawiamy - czy warto, czy można i czy jest sens.


Prawie były mąż mojej kuzynki dawał jej codziennie 10zł. Za to miała kupić coś do jedzenia dla niego i siebie oraz wszystko to, co potrzebne dla ich córeczki - wtedy kilkumiesięcznej.


Moja znajoma ze studiów daje mężowi miesięcznie 100zł kieszonkowego (oboje pracują), które on wydaje jak chce - może iść na piwo, może kupić sobie płytę, branżową gazetę lub książkę. Czasem chwali się, że go nie kontroluje, bo z tymi 100zł robi co chce :-) Niestety nie zapytałam, czy sama też ma do wydania to 100zł. A może ma mniej a może więcej? To ona trzyma w domu kartę z bankomatu i kasę. Mąż potrzebuje zatankować - przychodzi do niej, potrzebuje na składkę w pracy - też przychodzi. Nie musi o pieniądze prosić, zwyczajnie ona mu je daje. To może i wygodne - ma 100zł, żeby nie latał codziennie po piątaka na colę a jak chce na coś więcej, przychodzi do żony :-)


To taka sama forma wyliczania, jak u W. - z tą różnicą, że W. dostaje więcej i kupuje za to rzeczy "dla domu" - jak jej zostanie, ma dla siebie. 
I tak się czasem zastanawiam, czy prezent na Walentynki albo Boże Narodzenie też kupuje jej z tej stówki, czy może tydzień wcześniej przychodzi po pieniądze? 

Wasze blogi odwiedzę za kilka dni - jutro wyjeżdżam na konferencję do Krakowa.

środa, 26 października 2011

...

Mam kryzys. Taki, jakiego jeszcze nigdy nie miałam, taki, który mnie męczy a ja nawet nie wiem, skąd się wziął. Jeśli ktoś nie chce słuchać/czytać narzekań, a zwłaszcza narzekań szczegółowych, powinien wyjść z tej strony, bo jedynie to może przeczytać poniżej.

1. Jedzenie. Nie jestem głodna, czasem zjadam w ciągu dnia zaledwie kromkę chleba albo pół papryki i mi wystarcza. Nie potrzebuję jeść. Piję dużo herbat - zwykłą, miętową, melisę, czasem  kawę. Na obiad zjadłam dziś dwa ziemniaki. Wczoraj pół śledzia w musztardzie. Mój mąż uważa, że to początki anoreksji. Ja po prostu nie jestem głodna.

2. Praca. Co pół roku dostaję umowę na pół roku. W grudniu dowiem się, czy mam kolejną. Jak nie dostanę, jestem w lesie. Nasz rynek pracy jest tak hermetyczny, że rozsyłane od jakiegoś czasu CV nawet do niego nie docierają. Nie ma szans, żebym znalazła pracę. No, znalazłabym może w fabryce, ale nie chce skręcać śrubek. Znam dziewczynę, która po licencjacie z socjologii skręca śrubki. Musiała podpisać przy umowie oświadczenie, że nie będzie się domagała, w związku z wyższym wykształceniem, awansu - jakoś tak. Krótko mówiąc, jej brygadzistka ma tylko technikum odzieżowe i chyba nie chce, by musiały zamienić się miejscami.

3. Pieniądze. Potrzebuję jakichś 40 tysięcy ekstra, by się wprowadzić do własnego domu. Choć jego budowa trwa nieco ponad dwa lata, jestem zmęczona. Chciałabym mieszkać w nim już, rozpocząć kolejny etap życia, być u siebie. Czuję niemoc i bezradność, patrząc na zadaszone mury i wiedząc, że na całą resztę mam na razie 700zł. Wiem, inni mają gorzej. Ja bym chciała wszystko już i teraz! Czy to moja wina, że mam odwagę o tym wszystkim marzyć? 

Efekty. Płacz, płacz, płacz. Oglądałam serial. Okazało się, że napisy wyświetlają się zbyt późno i  oglądanie nie ma większego sensu. Rozpłakałam się, bo co mogłam zrobić. Nie mogę znaleźć kluczy. Od godziny szukam cholernych kluczy! Za kolejną muszę wyjść na aerobik i bez nich nie wyjdę. Siadłam i płaczę. Na komputerową myszkę spadło kilka łez.

I tak przynajmniej raz dziennie. Najlepiej wtedy, gdy nikt nie widzi.

wtorek, 25 października 2011

Biedny nie ma wyboru?

Czy zdarzyło Wam się kiedyś powiedzieć, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby albo, że jakby ktoś byłby naprawdę głodny, to zjadłby dosłownie wszystko, byleby się nasycić. 
Historia dzieje się w jednym z miejskich ośrodków pomocy. Czasem do ośrodka trafia żywność, i ubrania które oddawane są podopiecznym placówki. Czasem jednak podopieczni odmawiają. 

Pani Maria przychodzi do ośrodka od zeszłej zimy. Mąż zostawił ją z czwórką małych jeszcze dzieci. Nie ma stałej pracy, dorywczo wykłada towar w marketach. Zżyma się na myśl, że znowu w ośrodku będą jej dawać te płatki i ryż. Jej dzieci nie lubią płatków. Wolą kanapki. Do płatków trzeba jeszcze kupić mleko, podgrzać je, potem posłodzić a dzieci i tak nie chcą jeść. Raz nie wzięła, to ją pracownica zapytała, czy woli by dzieci głodne były. Pewnie, że nie woli, ale czy musi im dawać to, czego  nie lubią? 

Czasem, gdy jest naprawdę wściekła, ma ochotę wykrzyczeć tym w ośrodku, żeby poszli do lasu z tą swoją dobrocią. Bo zawsze, gdy bierze z ośrodka ubrania, to wie, że ma je, bo ktoś inny ich nie chciał i je oddał. Bo ktoś inny sobie odświeżył szafę przed zimą i ona dostaje w październiku letnią sukienkę albo krótkie spodenki dla dzieci. 

A w październiku to jej by się przydała jakaś kurtka. Chciałaby zieloną. W maju, gdy do ośrodka przyszła większa dostawa, dostała czarny szalik i chustę w zieloną kratę. Gdyby mogła sobie kupić kurtkę, wybrałaby zieloną albo płaszczyk by kupiła. W końcu nie jest jeszcze taka stara, a te ubrania, które dostaje są jakieś takie - niemodne i jakby nosił je przed nią ktoś duży starszy. 

Kiedyś sąsiadka zaprosiła ją na kawę. Wiedziała, że nie jest to zwykła kawa a jedynie okazja, by,  pozbywając się kilku rzeczy, sąsiadka uczyniła coś dobrego na święta. Nie chciała. Nie chciała glinianych kubków ani torebki z podartą poszewką. Nie wzięła, potem jej w ośrodku powiedzieli, że odrzuca pomoc, którą oferują jej inni, że ma schować dumę do kieszeni, bo ma na wychowaniu czwórkę dzieci. 

- Pani, wybrzydzać to se pani może w sklepie, jak ma pani w kieszeni złotą kartę a nie tutaj! - zaatakowała ją ostro opiekunka z ośrodka. - Albo pani ugotuje ten ryż albo wytłumaczy dzieciom, że na obiad jest koncentrat pomidorowy. 

Biedny nie ma prawa wybierać?

niedziela, 23 października 2011

Zakupy, czyli łowy

Wczoraj rano kupiłam kolejny numer Wyborczej z Wysokimi Obcasami. Druga strona - olśnienie! Moja ulubiona, ukochana  Anja Rubik. Czasem zachowuję się, jak małolata mająca swoich idoli, ale wierzcie mi - podziwiam tę dziewczynę i nie jest to podziw rozwrzeszczanej nastolatki. 

Czy marzę o tym, by mieć ciuchy Anji Rubik? Może to zbyt wiele powiedziane, w końcu nie wokół ubrań kręci się świat, ale świadomość, że miałabym rzecz, którą reklamowała właśnie Ona, stała się pożądaniem. 
Do tej pory żyłam w przekonaniu, całkiem uzasadnionym, że na ciuchy Anji Rubik mnie nie stać. A nawet gdyby mnie było stać, gdzie w tym pójść i jak w tym ukryć swoje (nieliczne) fałdki. 

Klamka zapadła, zdecydowałam się pojechać do H&M po wymarzony ciuch. W pierwszym same rozmiary L - reszta, jak przyznała sprzedawczyni, rozeszła się w mig. W drugim sklepie, w innym centrum handlowym, wypatrzyłam M-kę, która niestety (?) też była za duża. Perspektywa posiadania kamizelki na razie się oddaliła, ale perspektywa tego, że udałoby mi się wyglądać przyzwoicie w rozmiarze S a nie kupowanym ostatnio M, też wydaje się przyjemna. Zadowoliłam się bawełnianym golfem w kolorze granatowym, ze sklepu C&A.
A moja kamizelka prezentuje się tak: 




Żeby zima była bardziej kolorowa, zamówiłam też na Allegro.pl kolorowe rajstopy - uwielbiam do czarnych spodenek albo spódniczki dobierać rajstopy w kolorze sweterka lub dodatków. 

Wybrałam kolory: miodowy, anemone i granat.





piątek, 21 października 2011

Co za dzień!

Pojechała na uczelnię - wypisać się, bo zmieniłam miejsce studiowania z Katowic na Kraków. 
Chciałam też wziąć w bibliotece kilka książek potrzebnych mi do pisania. 

Najpierw poszłam do Biblioteki Śląskiej, stałam pół godziny w kolejce (studenci się obudzili do czytania jakoś wcześnie - w końcu sesja daleko). Wypożyczyłam książki, podjechałam pod swój wydział (kilometr od biblioteki), zaparkowałam (dwieście metrów od uczelni, 1,2km od biblioteki - ważne do zapamiętania), zostawiłam w aucie książki (równie ważne do zapamiętania). 

W sekretariacie odebrałam kartę obiegową i poszłam z nią do biblioteki wydziałowej. Na drzwiach głównych przeczytałam, że karty obiegowe podbijane są od 9 do 12 (była 12.11), ale zdecydowałam się podejść do drzwi wypożyczalni i spróbować. Pani powiedziała, że najpierw muszę podbić tę kartę w Bibliotece Śląskiej  (BŚ) a potem mam do niej wrócić i ona mi podbije. Nic nie wspomniała o tym, że przyszłam po czasie, więc jest nieźle. Wróciłam do BŚ, nie stanęłam w kolejce, która znowu była niczego sobie, tylko podeszłam do informacji. Dowiedziałam się, że na moment podpisywania karty obiegowej książki muszą być u bibliotekarza a nie w moim aucie %-) Bosko - pomyślałam. 

No nic, poszłam do auta (tak, 1,2km) wzięłam książki i wróciłam a kolejka zdążyła już zakręcić po raz kolejny. Miałam czas, to policzyłam - 27 osób przede mną. W końcu się udało. Pani, trzymając moje książki pod ręką, podbiła moją kartę obiegową. Wróciłam do biblioteki wydziałowej, dostałam, com chciała i do domu.

Ktoś jeszcze miał intensywne popołudnie?

czwartek, 20 października 2011

Dzieci w markecie

Powiedzcie mi, drogie Matki - obecne i te właśnie debiutujące, jak to jest, że jedno dziecko w sklepie idzie koło matki/babci i zachowuje się spokojnie a drugie wrzeszczy o batona a potem o cukierki a na końcu o to, że nie mogło nieść koszyka?

I druga sprawa - jak zrobić tak, żeby własne dziecko w sklepie chciało być grzeczne?

Dziś po Netto spacerowała matka z córką, która niosła w małych rączkach paczkę makaronu. Szła wolniej od matki, oglądając wszystko, ale była grzeczna. W sklepie była też druga matka z synem Kamilem. Kamil najpierw płakał, bo chciał landrynki a mama mu powiedziała, że są za twarde i kupi mu inne cukierki. Słychać go było na całym sklepie. Stałam za nim i jego matką przy kasie. Wrzeszczał, przysięgam, nie wiem o co. Matka próbowała go uspokoić, prosiła, tłumacząc, że w aucie odpakuje mu to, co kupiła, ale najpierw za to trzeba zapłacić przy kasie. Darł się, jakby go ktoś ze skóry obdzierał.

Będąc przy temacie - często obserwuję w marketach, że dziecko już w trakcie zakupów zajada się czymś słodkim, co rodzice zamierzają kupić. Potem na kasie kładą sam papierek albo drugą identyczną rzecz, prosząc, by skasować za dwie. Pracownicy sklepu nie robią z tego problemu.

Ja sama zaś, może niesłusznie, jestem przeciwna. Czy to dziecko cierpi z głodu, że musi już natychmiast jeść tę czekoladę albo cukierki albo batoniki? Czy nie może poczekać pół godziny aż rzecz zostanie kupiona. Niby nic takiego, ale gdybym dziś miała dziecko nie uczyłabym go, że można jeść coś już w sklepie. Nawet nie umiem tego wytłumaczyć, ale po prostu chciałabym wyrobić w dziecku dwa nawyki: (1) zapłacisz - jest to twoje i możesz to zjeść/ lub bawić się tym. (2) Nie trzeba wszystkiego zjadać od razu, nie może być tak, że jak ktoś w domu widzi cukierki to musi zjeść od razu wszystkie, bo je widzi i musi zjeść.

środa, 19 października 2011

Zagubiona kartka pocztowa

Znalazłam dziś w swojej skrzynce pocztówkę z Ciechocinka. Wysłała ją pewna pani do pewnej rodziny, wpisując jednocześnie mój adres. Żaden z moich sąsiadów tak się nie nazywa, podobno w wiosce mieszka ktoś o takim nazwisku, ale mieszka w zupełnie innym miejscu. 

Nie czekając długo, zabrałam kartkę i poszłam na pocztę. Przedstawiłam sprawę kobiecie w okienku a ta, śmiejąc się pobłażliwie, stwierdziła, że to niepotrzebnie się fatygowałam, bo oni z tym nic nie mogą zrobić. 
I miała rację, bo niby skąd mają znać wszystkich mieszkańców. Sądziłam jednak, że miejscowy listonosz w kilkutysięcznej wiosce będzie kojarzył tych, którym przynosi listy. Nieważne, chciałam dobrze i zrobiłam wszystko, co do mnie należało. Na szczęście była to pocztówka a nie rachunki lub pisma urzędowe. 

Nie jestem w nastroju. Po prostu. I to bez powodu.


poniedziałek, 17 października 2011

o wszytkim i o niczym

Dziś będzie o wszystkim i o niczym. Przy kieliszku wina i radiowej jedynce. Mąż w pracy a ja mam sporo czasu, by nadrobić blogowe zaległości. 
 
Dawno niczego nie publikowałam i chyba publikować będę jeszcze rzadziej. Oznajmiam wszem i wobec, że się wzięłam do pracy naukowej. W końcu - wreszcie - a jednak;-) Dni mijają mi pracowicie i jestem szczęśliwa. Lubię mój świat. Moje książki, notatki i długopisy. Choć ciągle miewam problemy z koncentracją, już nie jest tak jak dawniej.

A bywało różnie. Potrafiłam siąść przed komputerem, pracować/pisać przez dwie minuty po czym wstać i iść podlać kwiaty. Potem usiąść, spojrzeć przypadkiem w kierunku balkonu i zdecydować, że należy ten balkon pozamiatać, a potem znowu wrócić do komputera, iść otworzyć okno w sypialni, za pięć minut zamknąć to okno, zrobić sobie herbatę, sprawdzić, co na zaprzyjaźnionych blogach, wrócić do sypialni, bo został tam długopis, ubrać się i iść do sklepu po żarówkę, bo się spaliła trzy dni wcześniej.

Jeśli którejś z was udało się to przeczytać jednym tchem, to doskonale wie, jak wyglądała moja praca/nauka ;-) Teraz staram się być bardziej skupiona. Choć ciągle nie realizuję przyjętego planu, jest lepiej;-)

W niedzielę usłyszałam historię z kominiarzem w roli głównej. Wam muszę powiedzieć, że to gorsze niż ten ksiądz momentami;-) A więc do rzeczy.
Do znajomego przyszedł kominiarz. Ten, wiedząc, co ma w kominie, zaprosił go na czyszczenie. Kominiarz nie był zbyt zadowolony, bo się spieszył, ale wszedł na górę. Wyjrzał przez właz, stwierdził, że on się nie da zabić i tak rozmieszczonego komina czyścił nie będzie. Zszedł i sobie zaśpiewał 20zł. Się pyta znajomy: A za co? A kominiarz mu, że za usługę ;-) Po wymianie paragrafów i "uprzejmości" znajomy zapłacił. Szkoda mu było stracić czas z kominiarzem dla 20zł. Kilka lat wcześniej firma kominiarska owego kominiarza zrobiła odbiór komina i całej reszty, nie stwierdzając przy tym, że wejście na dach grozi śmiercią.

Dziwny jest ten świat.

czwartek, 13 października 2011

Proboszcz, organy i brzęczący koszyczek

Kościół przegrał wybory podwójnie. Po pierwsze dlatego, że nawoływanie z ambony, by głosować na PiS nie odniosło skutku. Po drugie dlatego, że z wysokim (10%) wynikiem w Sejmie pojawiła się pierwsza antykościelna partia w Polsce.  Na lokalnym podwórku też widać zmiany. 


Nasz proboszcz to człowiek w gorącej wodzie kąpany, ogłosił ostatnio, że już potrzebne mu są pieniądze na kolejną ratę za organy (kto nie czytał, przypominam: kupił organy za 150 tysięcy złotych). Dodał do tego, że jeszcze połowa rodzin w naszej parafii nie ofiarowała nic na ten cel. Jak nie zapłacimy, czeka nas Boże Narodzenie przy elektronicznym keyboardzie a nie stosownej, nastrojowej muzyce.

Już nie z ambony, ale w sytuacjach mniej oficjalnych, na przykład na zbiórkach ministrantów lub w rozmowie z parafianami w sklepie, stwierdził, że jak ktoś przyjdzie do niego i będzie chciał mszę albo chrzciny to on sobie sprawdzi, czy na organy dał, jak nie dał - msza w ciszy. Sprawiedliwość musi być - kto nie zapłacił, nie będzie korzystał i basta!

Poprzedni proboszcz był człowiekiem niezwykle pogodnym i spokojnym. Do ludzi odnosił się z serdecznością i nigdy nie odmówił pomocy. Obecny proboszcz nie ochrzcił dziecka samotnej matce, bo nie będzie ręką kościoła podpisywał się pod grzechem. W drugim kościele w naszej miejscowości proboszcz ochrzcił, nie utożsamiając dziecka z grzechem.

Z innych rewolucji po zmianie proboszcza: trzydniowe nauki dla rodziców i chrzestnych, bo przecież młoda matka ma spokojnie z kim dziecko zostawić żeby trzy razy w tygodniu po dwie godziny siedzieć z księdzem. Po każdej piątkowej mszy księżulek podpisuje dzieciom z podstawówki stosowne karnety obecności na mszy, wie jak sprowadzić do kościoła tłumy;-)

Miało być o brzęczącym koszyczku. No właśnie - w koszyczku brzęczą monety a sama była świadkiem naocznym leżących w nim wesoło banknotów. Znajoma też zauważyła - ludzie dają mniej - złotówkę, dwa złote, jedna - dwie dziesiątki to maksimum w księdza koszyczku. Czyżby parafianie chcieli ukarać proboszcza?

W kościele jak wiadomo bywam rzadko. Choć teraz w niedzielę chyba się wybiorę - ksiądz ma nakładać specjalną pokutę za wygraną PO i przede wszystkim wysoki wynik Palikota ;-)

środa, 12 października 2011

Za oknem słońce a na termometrze dziewięć stopni. Z obawą nastawiłam pranie, ale - co mnie naprawdę zdziwiło - już wyschło. Zawsze się wkurzam, jak mi zawilgotnieje, bo się od razu nadaje do ponownego prania. Teraz leży w niebieskiej misce i zerka na mnie z błagalnym  - wyprasuj, wyprasuj!

Już dwa dni nie słodzę kawy ani herbaty. Czekajcie tylko aż stanę się naprawdę zgorzkniała;-)

sobota, 8 października 2011

Sekrety damskiej torebki.

Mój nowy nabytek. Obiecuję uroczyście nie mieć w niej bałaganu;-)
W każdej obowiązkowo chusteczki higieniczne, lusterko, długopis i tabletki przeciwbólowe. Stare rachunki, papierki po cukierkach, bilety parkingowe. Damska torebka kryje w sobie wiele tajemnic. A co Wy trzymacie w swojej?

środa, 5 października 2011

Puzzle

W niedzielę dowiedziałam się, że moja szwagierka, tegoroczna maturzystka, zabrała się za układanie puzzli. Od razu przypomniałam sobie o tym, że sama mam panoramę Wiednia w 3000 sztuk na strychu. Mąż poszedł, znalazł, przyniósł a teraz się ze mnie śmieje, że najpewniej za kilka dni odpuszczę i zrezygnuję z układania;-)

Mam jakieś 20% tego obrazka:

Zaczęłam od ramki a potem wzięłam się za dół - 2/3 całości stanowi niebo, więc będzie z tym trochę roboty. Potem w antyramę i na ścianę;-)

niedziela, 2 października 2011

Niedziela

W kwestii buraczków - zrobiłam, posługując się przepisem z Internetu i wyszły naprawdę dobrze, więc jeśli komuś nie przeszkadza połączenie buraczki + papryka + cebula, proszę przepis

Płytki w mojej łazience, choć to najczystsze miejsce w domu, były bardzo brudne, zwłaszcza te umieszczone najwyżej, gdzie moja ręka nie sięga. Już umyte i jakiś czas mam spokój - przy okazji polecam płyn Ajax floral fiesta - najlepszy do czyszczenia łazienki i mycia podłóg no i ma świeży, niedrażniący zapach.

Dzisiaj wstałam tuż po siódmej i wzięłam się do pracy. Czemu najlepiej pracuje mi się wczesnym, niedzielnym rankiem? Nie wiem, może lubię ten grzech;-)

czwartek, 29 września 2011

Przepis na buraczki pilnie poszukiwany!

Dzisiejszy post potraktujcie, jak krótki telefon;-)
Myję okna, potem chce wyszorować płytki w łazience i poprzekładać rzeczy w półkach w kuchni. To nie jest chyba normalne, ale w trakcie dni płodnych zawsze mam takie porządkowe napady;-)

Czy któraś z Was robi domowe buraczki? Takie z papryką na przykład? Będę wdzięczna za sprawdzony przepis - jutro zamierzam się pobawić.

Buziaki!

środa, 28 września 2011

Student studentowi nierówny

Zawsze miałam świadomość tego, jak wielką wartością jest to, że mogę studiować dziennie na uniwersytecie, nie płacąc za to. Inaczej pewnie musiałabym pójść na studia zaoczne i do pracy. Powszechnie mówi się, że nie ma bezpłatnych studiów, bo trzeba zapłacić za ksero, książki, bilet autobusowy (...) Zgadzam się z tym i nie zgadzam jednocześnie. Zgadzam, bo rzeczywiście wydawałam na to koło 150zł miesięcznie. I nie zgadzam, bo za miesiąc studiowania płaciłabym złotych 400.

Odpłatność za drugi kierunek studiów proponowana przez rząd również budzi moje dwuznaczne uczucia. Przypomniałam sobie, ilu znam (znałam, studiując na studiach mgr) studentów dwóch kierunków. Okazało się, że 17-stu. Z tego zaledwie troje chodziło na zajęcia regularnie, nie tłumaczyło się przed profesorami tym, że mają drugi kierunek i zaliczało przyzwoicie. Pozostali na uczelni bywali rzadko a absencję tłumaczyli drugim kierunkiem, po czym okazywało się, że tam też są w plecy.

Trafiał mnie szlag, gdy słyszałam, że ktoś swoje nieobecności tłumaczył zajęciami na drugim kierunku a naprawdę po prostu na zajęcia nie chodził. Wiem, bo nie raz, już po wyjściu profesora z sali, chwalił się, że mu się do czegoś ten drugi kierunek przydał. Potem zaczynały się pielgrzymki do prowadzących, by pozwolili zaliczyć egzamin we wrześniu, ale potraktowali go jako pierwszy (a nie drugi) termin. A czemu -  bo na drugim kierunku mają siedem egzaminów w ciągu jednego tygodnia i ledwo wyrabiają. Nikt tego nie sprawdzał, więc student korzystał.

Teraz sama prowadzę zajęcia ze studentami. Mam obowiązek przyjąć do grupy kogoś, kto nie był do niej wpisany, ale ma IOS (indywidualna organizacja studiów). Przychodził do mnie właśnie taki ktoś i mówił, że ma IOS i tylko zajęcia u mnie mu pasują w planie, po czym pojawiał się na nich dwa - trzy razy i na koniec semestru mówił, że ma IOS i to temu nie chodził, że na drugim kierunku ma wtedy zajęcia, z których jest egzamin a u mnie tylko zaliczenie, więc chodził tam. Na 18 osób w grupie miałam takie 2.

Przypadek jeszcze lepszy - znam osoby z moich humanistycznych studiów doktoranckich, które zaczęły studia na wydziale fizyki (tak, fizyki, bo tam przypada 0,8 osoby na miejsce, więc łatwo się dostać) tylko dlatego, że dzięki temu mogły nadal mieszkać w akademiku. Na zajęcia nie chodziły w ogóle i przy pierwszej sesji wyszło to na jaw, ale pół roku mieszkały za 350zł miesięcznie w mieście wojewódzkim.

Jednym słowem, nie dziwię się ministerstwu, że wyczuło lewiznę.
Szkoda tylko, że zapłacą także jednostki wybitne albo przynajmniej zdolne i chcące się czegoś nauczyć. Bo jeden kierunek to czasem naprawdę za mało. 


Tekst skopiowałam z poprzedniego bloga, licząc na dyskusję  w związku z artykułem "Studia uczą kombinowania": http://waszymzdaniem.blog.onet.pl/Studia-ucza-kombinowania,2,ID436590052,n  

Krótko

Muszę wziąć się za pisanie doktoratu. Muszę postarać się o grant z ministerstwa na badania i w końcu poważnie pomyśleć o pisaniu.
Cel - poświęcać temu dwie - trzy godziny dziennie, pięć dni w tygodniu.
 Największy problem - angielski, dwa lata kursu a czytanie artykułów naukowych w tym języku - jest cienko!

Mniejszy problem (z rozmyślań śniadaniowych) - jak gotować jajko, żeby wkładane do wody nie pękał?

poniedziałek, 26 września 2011

Język polski

Język polski jest trudny. Przysięgam. I wcale nie mam na myśli ortografii, czy odmiany przez przypadki. Gorzej z szeroko rozumianą poprawnością językową, bo błędów językowych (ale nie ortograficznych, czy fleksyjnych) można zrobić mnóstwo.

Domyśliłby się ktoś, że konstrukcja planować + bezokolicznik jest niepoprawna. To znaczy zdania: Planuję zająć się remontem. Planuję kupić samochód. są błędne! Trzeba napisać planuję zajęcie się, planuję kupno. 
Odwrotnie  zaś jest w wypadku czasownika zamierzać: zamierzam zająć się/zamierzam kupić  - jak najbardziej poprawne.

Blogowi trole - zgłębiajcie wiedzę! ;-)

Skąd biorą się sny?

Dzisiaj miałam najgorszą noc w życiu! I można by pomyśleć, że w związku z tym w ogóle nie spałam, ale niestety - było gorzej. Całą noc śniły mi się najdziwniejsze, stresujące mnie rzeczy. Co rusz się budziłam i rozpamiętywałam to, co właśnie mi się przyśniło. Nie wszystko udało mi się zapamiętać, ale to, co spamiętałam, opiszę.

Miałam sen  o tym, że jeżdżę na rowerze z deską do prasowania i żelazkiem. Zatrzymuję się na różnych placach, pod kościołami, marketami, podłączam się do prądu i prasuję swoje ubrania. Potem wszystko składam, wsiadam na rower i jadę. 
W kolejnym mieszkałam w garażu a wszystko, co miałam to stary leżak i własną, niewielką, niebieską miskę ubrań - nic konkretnego - szmatki do mycia okien, jakaś bluzka.
Następnie byłam w Holandii u męża. I on odprowadził mnie na dworzec i stwierdził, że wraca do mieszkania spakować dla mnie paczkę i ją wysłać. Wracam z tej Holandii do domu i czeka na mnie ta paczka. W niej jedna stara splamiona koszulka męża, dwie nowe i taka kurteczka w rudą kratkę z kożuszkiem dla mnie. 
Śnił mi się też dywan. Chodziłam z dywanem po różnych miejscach i nie wszędzie mogłam wejść, bo dywan był za duży. 

Gdy przyszła pora wstawać, byłam najszczęśliwsza na świecie, bo wiadomym było, że mi się już nic nie przyśni.


Wczoraj z kolei, jak z relacji męża wynika, rzucałam się na łóżku, jak gdyby ktoś mnie gonił albo coś w tym rodzaju. Nie pamiętam, co mi się śniło, ale w lustrze zauważyłam, że mam na wargach zaschniętą krew i rzeczywiście poczułam, że chyba  z nerwów w tym śnie samą siebie pogryzłam.

No przysięgam, nie wiem, o co chodzi! I do teraz nie mogę dojść do siebie

czwartek, 22 września 2011

Pościel

Zamarzyła mi się nowa. Ileż można prać bordową, zdejmować zieloną, zakładać bordową, prać zieloną...
Poza tym, przy mojej częstotliwości zmieniania, niebawem, wytrzymała ponoć korze, przestanie wytrzymać pranie - suszenie - używanie - pranie - suszenie (...).

Potrzebny mi nietypowy rozmiar - kołdra 200x220 i dwie poduchy 70x80. Pojechałam do sklepu, w którym kupowałam pościel poprzednim razem: Satyna odpada w przedbiegach- za śliska, poza tym, nie mam zamiaru kręcić w łóżku żadnego filmu, tylko spać... Bawełna, satyna z bawełną - drogie, a nawet jeśli i bym wydała te 130zł, to za jakieś babcine wzory. Podobnie z będącą w przyzwoitej cenie 85zł korą. Wzory jakieś takie nie dla mnie. Kwiatki, listki, smutne zawijasy... Szukam pościeli z fantazją!

Zostało mi allegro. Zakupy tam miewam raczej udane, może ze dwa razy się nacięłam, ale to głównie dlatego, że uwierzyłam, iż za niską (niewymownie) cenę można mieć towar najlepszej jakości. Pościeli mnóstwo, nawet wzory nie najgorsze - spodobała mi się taka w zebrę, ale po cenie (27zł z groszami) nie spodziewam się wiele. Chyba będę szukać dalej... i albo to ja jestem wymyślna, albo naprawdę ciężko kupić coś ładnego za przyzwoite pieniądze.

środa, 21 września 2011

Tryb jesienny

Wydałam sama sobie odgórne zarządzenie w kwestii roślin. Idzie jesień, więc częstotliwość i podlewania i nawożenia musi ulec zmianie. Co miałam przesadzić do większych doniczek przesadziłam na wiosnę lub latem. Teraz nową i jednocześnie większą doniczkę dostała tylko juka. Kupiłam ją w zwykłej plastikowej doniczce i, jak przystało na dyskont, była nie dość, że tandetna, to jeszcze o wiele za mała. Zawsze rośliny wsadzam do donic rozmiar, góra dwa większy niż poprzednia, ale juce dostała się duża, ceramiczna doniczka.

Chyba błędem było oderwanie pędu od mojej draceny lucky bamboo i wsadzenie do osobnej donicy... Wyrósł jak drożdżowe ciasto i ciągle się chyli to w jedną, to w drugą stronę.  Wyrzucić nie wyrzucę, ale jakoś temu zaradzić trzeba.

Nawóz na zimę chowam w najgłębszej szufladzie. Niektórzy twierdzą, że warto nawozić raz w miesiącu, inni, że w wyniku braku słońca nawet częściej niż latem, ja zdanie mam inne. Widzę, hodując różne zielone rośliny od kilku  lat, że zimą one generalnie śpią. I w tym odpoczynku nie należy im przeszkadzać. Nawożenie wymusza na roślinie konkretną aktywność, której zimą można jej oszczędzić.

Kwiatki podlewam od dziś średnio co 10 dni. Latem raz, czasem dwa w tygodniu, ale też nie wszystkie. Skrzydłokwiat woli zraszanie, storczyk w ogóle żyje własnym życiem. Draceny jedynie i benjamin pozwalają na konkretny harmonogram. Zimą powietrze bardziej suche, ale tam, gdzie roślin mam najwięcej kaloryfery są właściwie zakręcone, więc niczemu nie zaszkodzą.

Szukałam aż znalazłam. Sposób na to, by skrzydłokwiat wypuścił kwiaty - włożyć do donicy kawałki jabłka. Etylen szkodzi storczykom, a innym ma pomagać...

wtorek, 20 września 2011

Bloger musi uciekać - o internetowej przemocy

Blogować zaczęłam jakoś ponad rok temu. Lubiłam pisać, chciałam poznawać nowych ludzi, miałam trochę czasu, poznałam kilku Blogerów i kilka blogów, które odwiedzam do dziś.
Nie ukrywam, że na wiele zaprzyjaźnionych teraz dla mnie stron, trafiłam przez sławną/zniesławioną główną Onet.pl. Najpierw tylko czytałam, potem założyłam własne konto a na koniec dopiero zaczęłam pisać.

Nie pamiętam, czy od początku, ale szybko zrobiło się źle. Młodzież powiedziałaby, że netem zaczął rządzić shit. Nie jestem specjalnie stara, więc się podpisuję pod tym stwierdzeniem.

Czasem ktoś opisywał swoją trudną sytuację materialną w komentarzach dowiadywał się, że jest niedojdą i dobrze mu tak. Innym razem ktoś pochwalił się dobrymi relacjami z dzieckiem, zaraz pojawiali się tacy, którzy wyzwali go od naiwnych, bo przecież dzieci zawsze coś ukrywają. Bywało i tak, że Autorowi odbierało się prawo do publikowania historii fikcyjnych. Szczytem wszystkiego było dla mnie oskarżenie "jak możesz kazać ludziom czytać coś takiego?!". No tak, bo Bloger zmusza do czytania swoich tekstów. Inaczej przychodzi o szóstej rano i wyprowadza w kajdankach. Nie ma, że boli, ma boleć!

Troje z moich blogowych Bliskich dotknęła internetowa przemoc. O trojgu wiem, bo byłam świadkiem ich przenosin z portalu polecającego posty właśnie na blogspot.

Żeby przemoc ograniczała się do obraźliwych komentarzy pod tekstem, nie byłoby najgorzej. Teksty często bronią się same a uczciwi Czytelnicy także potrafią zareagować na takie zaczepki. Niestety jest gorzej. Autorów obraża się publicznie na innych blogach i stronach internetowych. Do Autorów wysyła się obraźliwe e-maile, bo przecież w końcu trzeba im uświadomić, że plotą trzy po trzy i powinni przestać.

Internetowy shit, mając niepohamowaną potrzebę ogrzania swojego maleńkiego, ale opuchniętego, ego w kręgu ludzi czytanych i komentowanych, przekracza wszelkie granice przyzwoitości.

Co moglibyśmy zrobić, by chronić naszych Przyjaciół? Nie reagować? - Oprawca w końcu się znudzi? Bronić się? Ale jak?

Pewna kobieta

Na aerobik stale chodzi z dziewięć kobiet. Czasem jest nas więcej, ale wczoraj, przy niezbyt przyjemnej aurze jedynie tyle  się nas zebrało. W grupie jestem najmłodsza, zaraz po córce prowadzącej i koleżance tej córki. Potem jest kilka trzydziestoparoletnich kobiet. Nie do końca mam z nimi wspólne tematy, bo to wszystko matki "zaangażowane" w walkę z szkolnym uciskiem i prychające tekstami "dopiero wrzesień a mój już ma dwa sprawdziany", "to ubezpieczenie to nie wiem, co takie drogie i na komitet zaś zawołali". Ja tylko grzecznie się przysłuchuję, one znają się z wywiadówek i przychodni dla dzieci chorych, więc niejako jestem z boku i mi to odpowiada. Poza tym jest wśród nas pewna Pani, starsza od wszystkich. Dziś będzie o niej.

Zawsze przychodziła już w stroju sportowym, dresowych spodniach i koszulce. Tuż po zajęciach zmieniała buty i wychodziła jako pierwsza. Najstarsza, najbardziej milcząca. Zawsze stała w rogu, przy niektórych ćwiczeniach chyba cudem nie wpadała na ścianę.

Wczoraj coś się zmieniło. Pani przebierała się razem z nami, nie czując skrępowania. Założyła świetne obcisłe leginsy i koszulkę - bokserkę. Wszystko w czerni, wszystko świetnie dobrane. Na ustach szminka w dobrym odcieniu ciemnego różu, świetne komponowała się z wyrównanymi brwiami i tuszem na rzęsach.

Widać w pewnej Pani coś się zmieniło. Zachowywała się inaczej, nie stała z boku, nie przyszła ostatnia i nie wybiegła pierwsza. Była jedną z nas! A na koniec przebrała się, założyła eleganckie botki, kurtkę, czapkę i mówiąc "no to pa", wyszła z uśmiechem.

PS: O matkach "zaangażowanych" też napiszę.

poniedziałek, 19 września 2011

Jesień

Latem zrezygnowałam z parzenia w dzbanku herbaty z cytryną albo sokiem, tak, by zawsze można było wziąć łyk czegoś ciepłego. Sporadycznie, gdy dzień był chłodny, wracałam do rytuału. Od dziś wracam na dłużej. Za oknem szaro i od samego rana z nieba leci drobne, zimne "coś" - deszcz? mżawka? Coś właśnie tego rodzaju.

Wczoraj kupiłam w Biedronce jukę. Niestety nie chce mi się z domu wyjść do kwiaciarni po jakąś przyzwoitą osłonkę, więc na razie stoi w tym, w czym przyniosłam ją ze sklepu.
A w drodze ze spaceru, 50 metrów od własnego domu, przy własnej, małej uliczce rośnie kasztanowiec. Jako dziecko do szkoły miałam prawie 2km i po drodze nie było czego zbierać: ani żołędzi, ani kasztanów, nie marząc już o jarzębinie. Trzeba było iść do lasu,  niby blisko, ale już nie po drodze. A tu - wystarczy wyjść z domu i kasztany!

czwartek, 15 września 2011

7 cudów świata - głosujemy!

Ja już zagłosowałam. Trzeba wybrać siedem nowych cudów świata. Wybrałam naturalnie Mazury i sześć innych lokalizacji.
Tutaj instrukcja, jak głosować:
http://mazurycudnatury.org/pl/jak-glosowac.html

Zapraszam serdecznie;-)

środa, 14 września 2011

- Chodźmy szybko za stodołę. - Zdążymy?

Kampania wyborcza trwa. A najśmieszniej przedstawia się dla mnie na razie PSL. W swoim intrygującym spocie wyborczym "Pozory mylą" Ludowcy przedstawiają historię dwojga młodych ludzi: lato, łąka, chabrowy wianek - tak zwane okoliczności sprzyjające. Nagle chłopak proponuje wizytę za stodołą, dziewczyna przystaje na propozycję, jej towarzysz już w drodze zdejmuje koszulę. Po sekundzie słyszymy jęki i widzimy... grającą w tenisa parę.

Jedyne, czego się dowiedziałam (a o czym wcześniej absolutnie nie wiedziałam) to to, że za typową stodołą w typowej wsi jest kort do tenisa.

A poważnie: czemu oni robią z polskiej wsi wieś?

Jesiennie

  



Portret

Szef zdecydował, że na naszej stronie internetowej przydałyby się informacje o nas (tak jak o każdym pracowniku naukowym uczelni - co zrobił, gdzie studiował), najlepiej ze zdjęciami "portretowymi".

I jestem w kropce, bo zdjęć mam może i sporo, ale typowo portretowych brak. Jutro najpewniej wybiorę się do fotografa i wszelkimi możliwymi sposobami będę czarować samą siebie, by mój portret był taki, jaki bym chciała.

Jak pozować do portretu?

wtorek, 13 września 2011

Lekcje w-f

Za mną najintensywniejszy dzień w ostatnich miesiącach. A mowa o wczoraj.

Najpierw pojechałam do Krakowa, w sprawach zawodowo - uczelnianych, prawie dwie godziny w samochodzie, zawracanie na alei Mickiewicza i szukanie miejsca, w którym można by zaparkować.
Po trzech godzinach powrót do domu, pizza na obiad, nowe szpilki na deser ;-) Czarne, wysokie... - gdyby można było kliknąć "Lubię to!", byłaby pierwsza!

Wieczorem aerobik - ćwiczenia na stepie, na początku nie nadążałam, ale po 15 minutach byłam tak szczęśliwa, że tam jestem, że było mi wszystko jedno, że mi się te kroki mieszają. Lubię takie dni.

Sprowokowało mnie to do przemyśleń o lekcjach kultury fizycznej w szkole. Byłam pierwsza. Pierwsza do przynoszenia zwolnień i zapominania stroju. Pierwsza do tego, by się wymigać od ćwiczeń. Wolałam z Panią woźną liście zamiatać niż ćwiczyć. I do tej pory myślałam, że to wynika z mojej nienawiści do sportu. Nic bardziej mylnego! Sport lubię, ale konkretny. A w szkole:
1. Przebieranie się w 30 osób w toalecie o powierzchni 16 metrów kwadratowych albo w zawilgoconej (przez obecność niczym nie oddzielonych od reszty pryszniców) szatni.
2. Brak konkretnego programu ćwiczeń - raz podskoki, raz przewroty, raz skoki przez skrzynię.
Z liceum pamiętam, że najpierw ćwiczyliśmy odbijanie piłką do siatkówki, po trzech zdaje się lekcjach dostałyśmy piłkę do ręcznej i kazano nam grać... A potem do kosza i tak dalej...
3. Korytarz  - często miejsce naszych zajęć, bo: (a) w podstawówce sala dostawała się chłopakom, którzy byli głośniejsi i za bardzo by przeszkadzali na korytarzu (b) w gimnazjum budynek był nowy i nie było sali; (c) w liceum była hala sportowa - elegancka, często odbywały się tam zawody nawet na poziomie województwa, a jak się nie odbywały to lekcje w-f miały tam jednocześnie trzy klasy - co z tego, że duża, jak się zabijaliśmy o siebie.

A teraz - miła muzyka, konkretne ćwiczenia. Instruktorka wyjaśnia, co czemu służy, co robić jak, żeby było dobrze, czego nie robić, żeby się nie przeforsować i, co dla mnie bardzo ważne - przy trudniejszych ćwiczeniach dodaje "jeśli nie potrafisz, zostań w pozycji..." - człowiek wie, że nie wszystko musi umieć i zamiast tego może robić coś prostszego.

niedziela, 11 września 2011

Co poprawia nastrój kobiecie

...marketing, marketing, marketing...

Wystarczy sobie kupić nowy krem (odkryłam serię kosmetyków 20+) , przeczytać o nim w Internecie, jak bardzo jest skuteczny, by poczuć, że cofa się czas. 

Odkąd minęło mi ćwierć wieku mam chyba obsesję na punkcie starzenia się. Miewałam już wcześniej epizody kupowania kremów rozjaśniających pod oczy albo regularnych zabiegów kosmetycznych, ale nigdy nie tak, jak teraz. 

Ostatnio, przy okazji wizyty w lokalnym (najlepiej wyposażonym na świecie - naprawdę) sklepie z kosmetykami, przyjrzała mi się pani kosmetolog. Zaproponowała badanie cery. Wszystkie wskaźniki poza zmatowieniem w normie. "Wiek" skóry na twarzy na podstawie badania - 21 lat!

piątek, 9 września 2011

Dzień jak nie codzień

Wczorajszy dzień, przysięgam, był jednym z najdziwniejszych w moim życiu.

Na obiad, gotowany już na 12:30, miał być gulasz. O tym, by wyjąć z zamrażarki mięso przypomniałam sobie dopiero w okolicach dziesiątej. Potem okazało się, że w domu nie ma grama margaryny a płyn do naczyń znowu się skończył. No to biegiem do Biedronki. Już przy kasie przypomniałam sobie, że nie ma też oleju a ziele angielskie chyba też trzeba by kupić, więc z powrotem na sklep. W domu okazało się, że aktualnie mam trzy paczki ziela angielskiego (kiedyś zakupiłam w promocji dwa w cenie jednego, a używam niezbyt często).

Dostałam dzbanek na sok. Postanowiłam go wyparzyć. Uroczyście rozpadł się na części pod wpływem temperatury wody. Zalałam szafkę. Dwa duże ręczniki później okazało się, że szkło jest wszędzie.

Potem z suszarki spadła mi pomarańczowa miseczka z porcelany a ja, usiłując ją złapać, skierowałam ją wprost do garnka z gulaszem. Przynajmniej się nie rozbiła.

Pod wieczór, szukając praski do ziemniaków, żeby zrobić ziemniaczane kotlety, stłukłam mały, szklany talerzyk.  Spadł. Sam spadł.

I tylko wizyta u fryzjera udała mi się wybornie;-)

środa, 7 września 2011

Endorfiny?

Dziś aerobik - part two.
Nie wiedziałam, że mam aż tyle mięśni, które mogą boleć. A bolą - ojojojoj! Ale mam ambicję i nie zrezygnuję, choćby nie wiem co!
Ostatni raz uprawiałam sport - poprawka: uczestniczyłam w zajęciach sportowych - w 2006 roku. Od tamtego czasu "okazjonalnie" jeżdżę na rowerze, od czasu do czasu wpadam na pomysł, że trzeba by poćwiczyć, bo te nieszczęsne kilogramy same się pojawiają. To tyle.
I dwudziestu pięciu lat potrzebowałam, żeby się przekonać, że nade mną trzeba stać z batem, żebym ćwiczyła. Mój rekord na rowerku stacjonarnym wynosi 8 dni. Potem zrezygnowałam.
Gdy pracowałam w szkole, nauczyciel w-f powiedział mi, że uprawianie sportu wyzwala endorfiny. Żartowaliśmy wtedy, że u mnie świadomość, że nie muszę go uprawiać wywołuje więcej. I muszę stwierdzić, że miał rację. Wracam do domu zmęczona, dzisiaj ledwo trzymałam się na nogach, ale jestem zadowolona. I to nie dlatego, że trening się skończył, ale dlatego, że ... no właśnie nie wiem, dlaczego - endorfiny?

O sprzedawcach

Wielu narzeka na sieciowe sklepy odzieżowe, ponieważ ubrania bywają tam słabej jakości a poza tym czasem ma się wrażenie, że wcześniej przymierzyło je ze 100 osób. Sama lubię pospacerować po centrum handlowym i coś sobie kupić - ot taka kobieca przypadłość ;-) Nie powiem, żeby była to tania pasja, ale - spokojnie - nie jestem zakupoholiczką ;-)

Ostatnio sprawiono mi przykrość, choć może używam za dużych słów, w sklepie na literę R, który popularnie nazywa się (nieudolnie spolszczając) wśród moich znajomych "rezerwatem". Na wieszaku wisiała marynarka w rozmiarze 36. Mogłabym ją nosić, ale tylko rozpiętą, więc postanowiłam, nie widząc nigdzie, zapytać u sprzedawców, czy w ogóle jest sens szukać na sklepie rozmiaru 38. Dowiedziałam się, że 38 wisi na manekinie, nad górnymi półkami. Poprosiłam o zdjęcie, odmówiono mi, ponieważ sprzedawcy nie wolno.

Wiem, że niektóre sieciówki mają stałe wystawy i nie mogą zmieniać ubrań na manekinach dopóki nie zleci im tego ktoś odgórnie. W tej mogło być tak samo, więc zaproponowałam zamianę na rozmiar 36, który trzymałam w ręku. Odmówiono mi po raz drugi.

Potem weszłam do sklepu obok. Bluzka, którą wypatrzyłam była za szeroka. Sprzedawczyni zaproponowała, że zdejmie mniejszą z manekina. Opowiedziałam jej historię sprzed kilku minut. Była zdziwiona, sugerując, że to mogło być lenistwo sprzedawcy.

Nie dzwonię ze skargą, nie zamierzam wpisywać się do księgi próśb i zażaleń, o ile takową mają. Nawet specjalnie nie zależało mi na tej marynarce, spodobała mi się po prostu. Nie planowałam kupować nic takiego, ale na nią trafiłam.  Nie zmienię też sklepu, bo lubię ich spódniczki. Jeden sprzedawca nie może decydować o marce.

wtorek, 6 września 2011

Codzienność

Kiedy o 6:30 rano Mąż pogratulował mi pełnoletności i upewnił mnie, że z okazji urodzin nie mam ani jednej zmarszczki, postanowiłam wstać.

Wczoraj zapisałam się na aerobik. Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu po godzinie. Wczoraj mieliśmy ćwiczenia rozciągające z elementami pilatesu. Pamiętam pilates jeszcze ze studiów. Wtedy tak samo, jak wczoraj, uświadomiłam sobie, że jednoczesne napięcie brzucha, ruszanie jedną ręką, pilnowanie, by druga się nie ruszała i oddychanie są naprawdę trudne. Wróciłam bardzo zadowolona. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby po zajęciach nie chciało mi się strasznie jeść - wracam w okolicach 20:30 a głodna jestem jak wilk.

Zamiast godziny ćwiczyłyśmy nieco ponad pół, bo potem przyszła straszna wichura i ... nastała ciemność, bo w budynku odłączono zasilanie.

sobota, 3 września 2011

Leniwa solo - sobota

Czas spędzony z Mężem jest dla mnie najcenniejszy. Wiele jestem w stanie przełożyć, by spędzić z Nim więcej czasu, zwłaszcza, że ostatnio zdarza nam się widywać jedynie wieczorem, czyli krótko mówiąc ze 3-4 godziny na dobę.
Lubię jednak, gdy od czasu do czasu mój Mąż idzie do pracy na 14:00 i wraca o 22:30. Co więcej, nawet mi odpowiada, że zdarza się to w sobotę. Mam wtedy czas spokojnie posprzątać (nikt nie ma "pilnej potrzeby" chodzenia po mokrej podłodze) i mam czas tylko dla siebie.
Dziś mija mi właśnie taka sobota.
Z porządkami uwinęłam się w dwie godziny, część prac wykonując już wczoraj. Potem nadszedł TEN CZAS.
Kąpiel ze świeczkami, peeling kawowy (polecam serdecznie - rewelacyjny!), kieliszek wina. Zaraz troszeczkę popracuję a potem oddam się błogiej, choć mało ambitnej, rozrywce - oglądaniu serialu. A przy okazji zrobię coś z paznokciami i wyrównam brwi.
Na stole stoją zapachowe świeczki, słońce powoli chowa się za horyzont a w głośnikach:

Aerobik

Znalazłam w Internecie informacje o tym, że w Centrum Kultury,  dwieście metrów od domu, odbywają się od września zajęcia z aerobiku. Pierwsze już się odbyły, ale idę w poniedziałek się zapisać, licząc, że są wolne miejsca. Dwa razy w tygodniu miałabym co ze sobą zrobić.
Bardzo się cieszę!

środa, 31 sierpnia 2011

Wioskowy ksiądz

Nasz proboszcz kupuje nowe organy. Podobno rzecz to strasznie droga i potrzeba aż 150 tysięcy. Nie wiem, nie znam się. Muzyka organowa raczej mnie przeraża, nie o tym jednak będzie.
Całą historię znam z opowieści koleżanki, która - choć bardzo religijna i nigdy nie mówiła źle ani o księdzu ani o kościele - tym razem się oburzyła.
W celu zakupu ogłosił kolektę kopertową. Wygląda to tak, że parafianie w kopertach składają większe niż zazwyczaj do koszyczka w czasie mszy się składa ofiary.
Po dwóch tygodniach ogłosił jeszcze raz i polecił koperty podpisać. Nie on pierwszy doszedł do tego, że anonimowo ludzie są w stanie wiele powiedzieć, ale niewiele dać. Argumentował swoją prośbę tym, że chce wiedzieć, komu ma podziękować. No tak, bo zwykłe "dziękuję wam moi drodzy za ofiary" powiedziane z ambony nikomu nie wystarczy. Na mieszkańców padł blady strach, bo jak tu teraz do koperty włożyć 20 albo 50zł. Trzeba być dać ze 100zł, bo to wstyd, że się księdzu żałuje - nie piszę na podstawie własnych przemyśleń a wioskowych rozmów.
Tydzień po kopertowej niedzieli ksiądz ogłosił, że wszystkim dziękuje za ofiary. Największa wynosiła 5000zł, potem kilka wynosiło 2500zł i 1000zł a najwięcej było kopert zawierających 500zł. O innych ksiądz nie wspomniał, więc albo na podziękowania darczyńcy nie zasłużyli albo kopert z mniejszą zawartością nie było.

Teraz czekam aż wywiesi listę tych, którzy w ogóle się nie złożyli. Ciekawe, czy ciężko będzie mi tam znaleźć swoje nazwisko. Wprawdzie tego nie zapowiadał, ale jeśli lubi statystyki, to kto wie...

wtorek, 30 sierpnia 2011

Eryk

Zadzwoniła do mnie Marzena. Za kilka dni idzie do pracy i liczyła, że jeszcze damy się radę przed tym spotkać. Niestety ja nie mogę, ale porozmawiałyśmy przez dłuższą chwilę przez telefon.
O nic Marzenki nie pytałam. Sama zaczęła mi opowiadać o tym, jak jest w domu, jak wygląda sytuacja Marysi.
Marysia wychowuje syna Eryka wraz z chłopakiem. Nie chce widzieć Edyty. Nie życzy sobie, by przychodziła, by robiła cokolwiek. Powiedziała do niej jedynie: "Ty już swoje zrobiłaś".
Mama Marysi przyjechała odwiedzić wnuka. W sumie była tam już dwa razy. Eryk ponoć podobny do niej najbardziej na świecie.
Na jakimś portalu Marysia podobno umieściła zdjęcie chłopca z podpisem "Nasz Eryk".

piątek, 26 sierpnia 2011

Ty urodzisz, ja będę wychowywać

Spotkałam się w ostatnich dniach z koleżanką ze studiów. Mimo że nie byłyśmy papużkami nierozłączkami, gdy studiowałyśmy razem, teraz najczęściej to właśnie z Marzeną się spotykam. Pamiętamy o sobie nie tylko przy okazji urodzin i świąt, ale dzwonimy do siebie, e-mailujemy.

Marzena opowiedziała mi o swojej siostrze Edycie. Edyta jako jedyna z rodziny utrzymuje kontakt ze swoją kuzynką Marysią. Marysia, czarna owca w rodzinie, wyprowadziła się z domu, mając 17 lat, zaczęła pracować w sklepie i jakoś wiązała koniec z końcem. Nie wiem dlaczego żyje poza rodziną, ale fakty są takie, że nawet własna matka nie wie, co się u niej wydarzyło od trzech lat. Gdy Marysia zaszła w ciążę skontaktowała się z Edytą, bo chciała pożyczyć pieniądze. Miała chłopaka, mieszkali z sobą od roku, ale dziecka nie chcieli.

Edyta, bezdzietna od czterech lat mężatka, próbowała przekonać kuzynkę do tego, by nie usuwała ciąży. Wierzyła w to, że dziecko jest darem, który sama też kiedyś otrzyma. Któregoś dnia użyła argumentu ostatecznego: "Ty urodzisz a ja z mężem wychowam. Sami próbujemy i nam się nie udaje mieć dziecka". Marysia zgodziła się a Edyta, jako że nikomu nie powiedziała w ogóle o ciąży, w duchu wierzyła, że wraz z rosnącym brzuszkiem u Marysi pojawi się miłość do dziecka. Wierzyła, że gdy Marysia urodzi nigdy nie będzie chciała maleństwa oddać. Wierzyła, że w ten sposób Marysi pomaga przejść przez to wszystko a nawet może pogodzi ją z rodziną. W końcu dziecko może przełamać lody. 

Dwa tygodnie temu Marysia urodziła i teraz oczekuje, że Edyta zabierze dziecko i się nim zajmie. Dopiero teraz Edyta powiedziała o wszystkim mężowi i swoim najbliższym. Moja koleżanka Marzena nie wie, czy głupsze było zachowanie jej siostry, czy głupsza jest kuzynka, która dziecka nie chce. Mąż Edyty się wściekł, że mogła komukolwiek zaproponować coś takiego. Rodzice są po jego stronie.

Biedna Edyta - pomyślałam. Nie przewidziała, że kuzynka naprawdę nie będzie chciała dziecka. Z drugiej strony trzeba ważyć słowa, bo teraz to ja nie wiem, co ona zrobi.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Lubicie fasolkę po bretońsku? A kalafior?

Jest tak gorąco, że nie mogę spać. Lubię lato, lubię słońce, lubię, gdy nie trzeba mieć na sobie siedemdziesięciu czterech warstw ubrań, by było ciepło;-) Od trzeciej z minutami nie śpię i rozmyślam, a że nie do końca mam o czym, to o jedzeniu. I przyszła mi na myśl fasolka po bretońsku i kalafior.

Kalafior będzie w piątek, z ziemniakami posypanymi koperkiem.

Fasolkę zrobię w sobotę, gotowaną na boczku, z kiełbasą i przyprawami.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Moje dziecko jest otyłe!

Zwykłe badanie krwi wykazało, że ośmioletni Łukasz ma zawyżony poziom cukru. Kilkakrotne badanie glukometrem niestety nie chciało wyjść inaczej jak źle. Krzywa cukrowa była w porządku, ale wizyta u diabetologa okazała się konieczna.
Poza tym, że konieczna, okazała się jeszcze traumatyczna. Pani doktor wydała jednoznaczny wyrok: "Pani syn jest otyły". To samo powtórzyła jeszcze dziecku, utwierdzając je w przekonaniu, że ciężko zachoruje, jak nie schudnie.
Matka usłyszała, że odpowiada za stan swojego dziecka, że jest winna temu, jak ono wygląda i za każdą nabytą przez to chorobę może mieć pretensje właśnie do niej. Łukasz rzeczywiście nie lubi owoców i warzyw, nie lubi też sportu, bo ma komputer. Kocha słodycze i pizzę z dużą ilością żółtego sera.
Lekarka, słysząc, co przeciętnie zjada dziecko w ciągu dnia, zmieniła ton na ostrzejszy. Kategorycznie kazała wyeliminować z jadłospisu wszystko, co do tej pory zjadał Łukasz, poza białym mięsem i rybą. Słodycze pozwoliła jeść tylko w weekendy i to w niewielkich ilościach.

Drodzy Rodzice, dbajcie o to, by Wasze dziecko odkąd tylko może jadło to, co zdrowe, by miało nawyk sięgania po owoce, by nie podjadało w ciągu dnia batonikami.
1. Wiem, że jest Wam niewyobrażalnie ciężko, gdy musicie odmówić dziecku batonika (bo to przecież dziecko).
2. Wiem, że najłatwiej kupić na śniadanie drożdżówkę z budyniem a zamiast kolacji pójść na pizzę.
3. Wiem, pracujecie, nie macie czasu a dzieci tak bardzo lubią siedzieć w tej knajpce i zajadać się znakomicie wypieczoną pizzą.
4.Wiem, że dzieci lubią colę i a owoce zjadają tylko w postaci lodów (które, przy okazji, koło owoców czasem nawet nie stały).
5. Wiem, nie znam się  na dzieciach, wychowywaniu dzieci, karmieniu dzieci.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Z przygód w markecie

W sobotę znowu skusiła mnie Biedronka! Tym razem faktem, że w cenie 1,99zł oferowano plastikowe cedzaki, miski i koszyczki. Kupiłam miskę "do wszystkiego" (zdążyłam w niej już trzymać ziemniaki, obierki po pieczarkach i ubijać śmietanę) oraz koszyczek na przyprawy.

Nie chcąc się kompromitować, nie wspomnę, że poza tym kupiłam parę niepotrzebnych rzeczy. ;-)

Ale ja nie o tym! W kolejce stali panowie dwaj, w okolicy pięćdziesiątki, górnicy - emeryci, jak wynikało z rozmowy, którą prowadzili (1. w naszej wiosce co drugi emeryt jest emerytem - górnikiem; 2. oni mówią zawsze głośno, bo słuch często mają "już nie ten").

- Co porabiasz?
- Do roboty poszedłem, w domu ciężko wysiedzieć a tak to przynajmniej parę groszy wpadnie, a ty odpoczywasz, czy pracujesz?
- Chłopie! Wnuka mam! Córka poszła do roboty, dwuletniego mi zostawiła. Żebyś ty wiedział, ile to roboty z takim dzieckiem! Sto pomysłów na minutę! A jaki sprytny, byle czym się nie bawi, byle czym go nie zajmiesz! To siedzę z nim, opiekuję się znaczy, bo wiesz, on tylko ze mną chce być, ja nawet jak zakupy robię, to wtedy, gdy on śpi! I zaraz się obudzi, to mu kupiłem, popatrz, soczek i banany, jogurt, płatki. Ty, ja nie wiedziałem, że z dziećmi to roboty tyle. Wiesz, pracowało się, żona z naszymi siedziała, ale teraz nadrabiam. Ten mój wnuk, to ci powiem, taki pomysłowy...
- 44,50zł poproszę - przerwała kasjerka i sympatyczny dziadek pognał do domu, do wnuka;-)


sobota, 20 sierpnia 2011

Bezpieczeństwo na drodze

Mieszkam 100 metrów od kościoła. Na samym początku zawsze budziły mnie dzwony. Przez dobre pięć minut dwadzieścia minut przed każdą mszą zapraszają ludzi do kościoła. Teraz budzą mnie tylko czasem i tylko wtedy, gdy mam otwarte okno. W każdym razie, gdy o 7.40 słyszę dzwony, domyślam się, że czas wstawać.

Od kilkunastu dni za to mieszkańców budzi, a może raczej pobudza, coś innego. Syn jednego z sąsiadów dostał motocykl, nazywany przez tych, co się znają, ścigaczem. Chyba nie ma jeszcze prawa jazdy, bo jeździ na nim w tę i z powrotem po naszej, mającej 500 metrów długości ulicy. Zaczął dwadzieścia minut temu;-)  Droga publiczna, cisza nocna już dawno za nami, więc jako tako hałasu czepiać się nie można. Tylko że poza tym, że na jednym końcu jest kościół, to na drugim znajduje się szkoła podstawowa i ograniczenie prędkości do 30km/h na całej ulicy!

Obok naszego domu rozciąga się kościelny parking. W ciągu dnia stoi właściwie pusty, więc z jednej strony chłopcy mają bazę a z drugiej dziewczynki skaczą w gumę (o Boże, te dzieci nie siedzą przed komputerem! ;-)). I czasem wybiegają na ulicę, bo właśnie trwa wojna z tymi z drugiej bazy, przy starym boisku. I czasem te dziewczynki przywożą z sobą rolki i wykonują na asfalcie najróżniejsze akrobacje.

Oby te dzieci miały więcej rozumu niż nasz lokalny motocyklista.

piątek, 19 sierpnia 2011

Z przygód w markecie

Poszłam dziś na zakupy do Biedronki. Tak, robię zakupy w Biedronce;-)
Dziś był tam straszny ruch. Ludzi mnóstwo - zakupy robiły małżeństwa lub małżeństwa  z dziećmi. Niestety, zamiast kupować, jedynie spacerowali! :-) Powolutku, bez emocji, bez nerwów - "na luzaka". A jeszcze w tej naszej Biedronce zlikwidowali małe koszyki i zostawili jedynie wózki. Gdy ludzi więcej, to się po prostu z tymi wózkami nie mieszczą.  Tym samym, trzy razy powtórzyłam przepraszam, nim zamyślony wysoki człowiek, przesunął swój wózek. Ze dwa razy sama przepraszałam, dobijając do czyichś zakupów.

I zauważyłam, że ostatnio zdenerwowali mnie zdenerwowani rodzice w kolejce do kasy, a teraz jakoś taki dziwny wydawał mi się ten spokój.

Sama, wchodząc na zakupy, przechodzę przez sklep z listą (!) ze dwa razy, zabieram wszystko, co się na niej znajduję, plus to, czego oczywiście nie można nie kupić ;-) i wychodzę. Spaceruję po lesie.

A Wy? Wolicie małe osiedlowe sklepiki, czy może robicie zakupy "raz a dobrze" w markecie?

Chyba utworzę w Wordzie dwa dokumenty tekstowe. Jeden z informacją o rozmowie kwalifikacyjnej a drugi z wiadomością o tym, że mnie nie przyjęli.

Fakty są takie, że nie byłaby to praca idealna. Nie zaczęłabym we wrześniu a wtedy, kiedy nauczycielka w ciąży poszłaby na zwolnienie. Po macierzyński planuje wrócić albo już w maju albo dopiero od września. Sama nie wie, jak będzie się czuła i, czy będzie chciała zostawić dziecko tak wcześnie.
Nie byłoby idealnie, ale by było.

Powoli dochodzę do wniosku, że sobie mogę szóstką z dyplomu wytapetować kibel, pardon: łazienkę, polonistce może nie wypada.

================

Tak przy okazji - do placków ziemniaczanych daje się mąkę ziemniaczaną, czy zwykłą?

czwartek, 18 sierpnia 2011

Po rozmowie

Rozmowa odbyła się w bardzo miłej atmosferze. Panie dyrektor i wicedyrektor pytały o dotychczasowe doświadczenia w pracy w szkole. Trochę się tego nazbierało w ciągu roku, więc miałam o czym opowiadać. Jest oczywiście parę rzeczy, których powiedzieć zapomniałam.

Generalnie oferują 12 godzin w ddwóch czwartych klasach, co daje (wg. internetowego kalkulatora) 1040zł. Gdyby można było pracować cztery dni - nie mając etatu teoretycznie się da, to wychodzi całkiem dobrze.

Praca na zastępstwo, za nauczycielkę w ciąży. Możliwe, że będzie chciała wrócić przed końcem roku, ale niewykluczone, że dopiero za rok we wrześniu.

Jutro wynik rozmowy.

;-)

Wychodzę. Chcę tu wrócić i mieć dobre wieści;-)

środa, 17 sierpnia 2011

piątek, 12 sierpnia 2011

Lepsze jest wrogiem dobrego

Czasem, gotując obiad, korci mnie, by coś dodać, zmienić, zrobić inaczej (...). Czasem żartuję, że powieszę nad drzwiami kuchni tablicę z napisem "Bo kanapki z serem są nudne!". Wolę pokombinować i mieć satysfakcję, że udało mi się zrobić coś nowego, niż działać jak maszyna i nawet samej siebie nie zaskoczyć.

Jednym z ulubionych dań mojego męża są kotlety. Schabowe, z piersi kurczaka, z indyka. Robite, posolone, obtoczone w mące, jajku i bułce tartej. Potem usmażone na oleju na złotobrązowo. I koniec. Żadnego kombinowania! - powiedział, wprawdzie między wierszami, mój mąż. Są, jego zdaniem, dania, których ulepszać nie trzeba, bo same w sobie są najlepsze na świecie.

Kiedyś, znudzona kotletami robionymi według powyższego przepisu (czy to w ogóle jest przepis?!), postanowiłam zadziałać inaczej. Zrobiłam dwa schabowe w pianie. A do tego coś, co nazywam naleśnikami z kurczaka.
Potrzebne są:
pokrojony w kostkę filet z kurczaka
jajko (1-2)
majonez
mąka
przyprawy (sól, pieprz, wegeta)

Mięso przekłada się do miseczki. Na pojedynczy filet przypada 1 jajko, 2-3 łyżki mąki i tyleż samo majonezu. Do tego trzeba dodać przyprawy i wymieszać, by miało konsystencję ciasta naleśnikowego. Proporcje, które podałam, spokojnie można potraktować "luźno" - to nie ciasto, by co do grama musiało być wyważone.

Zrobiłam, upiekłam, podałam z ziemniakami i buraczkami. Mąż zjadł ze smakiem, bo należy do ludzi, którzy po prostu lubią jeść, czerpią z tege niemałą przyjemność. A gdy już zjadł, to powiedział mi, że tyle się namęczyłam z tymi kotletami a jemu by zwykłe, w bułce tartej wystarczyły. Szkoda mojego czasu. Od słowa do słowa, śmiejąc się, bo co innego można było zrobić, doszliśmy do wniosku, że są dania, których ulepszać nie będę.
Dzwonię do starostwa żeby się dowiedzieć, o co chodzi ze zmianą w ewidencji gruntów.
- Tak, jest naniesiony budynek, fundamenty same, czyli podatek się zmienia.
- A kto to naniósł?
- Firma geodezyjna X.
- Pierwsze słyszę.
- Nie zamawiała Pani firmy geodezyjnej?
- Nie. Nie znam nawet tej firmy.
- To oni sami przyszli?
- No chyba.

Po krótkiej wymianie zdań przemiłej (to nie ironia) Pani w starostwie z naczelnikiem dowiaduję się więcej.

- A może Pani coś tam zmieniała, jakieś robiłam mapki gdzieś?
- Nie zlecałam.
- A może jakieś przyłącza?
- Tak! Tak! [w tonie: eureka!]
- To może ten kto to robił naniósł też fundamenty?
- Jak naniósł, to ja nic o tym nie wiem.
- Zapewne naniósł.
- A musiał?
- Nie, ale oni czasem tak robią.

Telefon do mojej ukochanej gminy.
- Dzień dobry, tu urząd gminy.... - odzywa się automat. Wybieram tonowo numer wewnętrzny i czekam.
- Słucham geodezja.
- Dzień dobry. Dostałam wezwanie w związku z aktualizacją gruntów i...
- Przełączę do koleżanki od podatków.
- Dzień dobry. Otrzymałam wezwanie od wójta w sprawie podatku od...
- Przełączę do sekretariatu wójta.
- Dzień dobry. Wczoraj listonosz przyniósł mi pismo w sprawie aktualizacji gruntów, którą otrzymał ze starostwa i...
- To nie u nas. To w podatkach, przełączam.
- Dzień dobry, jest Pani czwartą osobą, z którą mogę dziś rozmawiać a wykonałam dopiero pierwszy telefon. Czy mogę dokończyć zdanie zanim Pani mnie przełączy?
- Słucham.

No to zaczęłam. Opowiadam o piśmie o rozmowie ze starostwem. Pani szuka dokumentów, widzi, że zmiany są.
- A kto to Pani te zmiany naniósł na te mapki i wysłał do starostwa?
- Usiłowałam ustalić. Niestety nie wiedzą. Mają dane firmy, której nie znam.
- Czyli przyszła firma i nikt tego nie zlecił. Mamy kilka takich spraw i sami nie wiemy, skąd to się bierze. Jakby mi Pani wyjaśniła, to ja bym wiedziała, co ludziom mówić, jak dzwonią.
Zdębiałam, ale wyjaśniłam. Niech ma nagrodę za to, że mnie nie przełączyła! Sprawę uznała za dziwną, ale obowiązek podatkowy powstał, to go dopełnię.

Dobrze znać przepisy

Mieszkam w gminie, w której panuje ogromny chaos administracyjny. Długo mogłabym narzekać na to, że urzędnicy są niekompetentni i nie znają przepisów. Jedną sprawę przez Samorządowym Kolegium Odwoławczym udało mi się już wygrać. Powód: wójt zabronił budować dom, powołując się na przepisy, które tego nie zabraniają.
Wiem, że istnieje coś takiego jak Kodeks Postępowania Administarcyjnego i art. 227 Przedmiotem skargi może być w szczególności zaniedbanie lub nienależyte wykonywanie zadań przez właściwe organy albo przez ich pracowników, naruszenie praworządności lub interesów skarżących, a także przewlekłe lub biurokratyczne załatwianie spraw.
Wójt po raz kolejny usiłuje mi wmówić, że tam, gdzie stoją gołe mury budynkku mieszkalnego, nie będące pod dachem a będące placem budowy, stoi dom. Dom, w którym mieszkam i nie płacę podatku!
Doprawdy, niezmiernie mi miło, że wójt, znając chyba prawa podświadomości, próbuje wszelkimi siłami sprawić, że mieszkam już u siebie. Nawet podatek chce na mnie nałożyć, by moc sprawcza słów była podwójna. Jaki dobry ten wójt.
Gdy człowiek  zaczyna żyć na własny rachunek, od czasu do czasu musi pojawić się w jakimś urzędzie.
Z jednego potrzebuje zaświadczenie, w drugim musi je złożyć a trzeci mu napisze, że w ogóle źle zrobił. Potem pojedzie do czwatego, który był wszystkiemu winien i się dowie, że nic się nie stało a sprawa w ogóle nie powinna mieć miejsca, bo to zaświadczenie to oni pobrali sami. W ramach walki z biurokracją.
Jeszcze trochę i drukarka służyć mi będzie tylko do drukowania pism kierowanych do gminy. Jeszcze trochę i w sklepie będę mówić, że na podstawie kodeksu skarbowego proszę o paragon!

czwartek, 11 sierpnia 2011

Ach te nerwy

Tegoroczne wakacje spędzam w domu. Poza jakimiś jednodniowymi wyjazdami nie zaplanowaliśmy niczego. To jednak wystarczyło, by zobaczyć, czy raczej zaobserwować pewne zjawisko.
Dzieci. Rodzice. Nie da się ukryć, że w wakacje spędzają razem więcej czasu niż w roku szkolnym. W roku szkolnym dziecko spędza około sześciu godzin dziennie w przedszkolu albo szkole. Tam też traci większość energii. Wiele dzieciaków wraca ze szkoły, rzuca w kąt plecak i zachowuje się całkiem spokojnie. Nie musi biegać, skakać po kanapie, zjeżdżać na plastikowej ciężarówce ze schodów (...). Swoje już dzisiaj zrobiła w szkole.

W wakacje energii mają więcej. Raz, że chodzą wyspane. Dwa, że całą spożytkować muszą w domu, przy rodzicach. Podskakują zatem, piszczą i chowają się pod stołem. Nie robią niczego innego niż przez ostatnie tygodnie w szkole. Z jedną różnicą - teraz widzi to rodzic.

Do rzeczy. W pobliżu niewielkiego pensjonatu w Szczyrku mała dziewczynka uderza piłką o beton. Po czterech uderzeniach słyszy: "Przestań!". Po piątym ojciec zabiera jej piłeczkę i, szarpiąc za ramię, sadza na ławce. Na wiślańskim deptaku żywiołowy chłopiec zamiast iść grzecznie (jak pies?!) koło nogi matki, podskakuje. Matka na to: "Uspokój się, bo wrócisz do pokoju!". Dzieciak spuszcza głowę i podąża smętnie w kierunku parasoli znanego browaru.

W "mooim osobistym" Tesco też widzę często takie sytuacje. W takiej kolejce, dla przykładu, dzieci się nudzą. No bo co mają robić? Trzeba stać i czekać. Wczoraj mały chłopiec bawił się zapięciem sklepowego wózka. Matka go zryczała: "Zostaw to i stój grzecznie, bo Twoje chrupki dostanie pies a batony zjem ja!". Znowu jeden zero dla rodzica.

Czy to można wytlumaczyć? Świat jest nerwowy. Ludzie są nerwowi. Rodzic też człowiek. A dziecko? Skarcone publicznie pewnie czuje się mocno upokorzone.

Może czasem warto dać malcowi trochę swobody. Niech biega, niech krzyczy, niech się przewraca. Tego potrzebuje. Może gdyby takie dziecko mogło zachowywać się głośniej w domu, w sklepie po prostu byłoby ciszej?

Nie mam zdania na temat tego, czy lepiej dziecko zabierać na wczasy, czy wysyłać na kolonie. Wiem jedynie, że wczasy z dzieckiem nie mogą polegać na spacerowaniu od budki z piwem do parasoli z Żywca. Dziecko to chyba woli wypoczywać aktywnie.

Siostry

Mam dwie znajome, bo koleżanki to za wiele powiedziane. Są siostrami. Natalia, 23-letnia, od ponad roku planuje swój ślub, który ma się odbyć w październiku. Wszystko przebiegało spokojnie, bo czasu było wiele, by zamówić to, co najważniejsze, o czasie odbyć nauki u księdza, wybrać zaproszenia, bukiet, suknię ślubną. Już byłby czas, by zapraszać gości - u nas zwykle na trzy miesiące przed uroczystością odwiedza się wszystkich z zaproszeniami. Niestety Natalia i Marcin jeszcze nie zapraszają gości.

Siostra Natalii, Monika, ma 19 lat. Właśnie zdała maturę a jej chłopak idzie do ostatniej klasy technikum. W lipcu powiedziała rodzicom, że jest w ciąży. Rodzina tradycyjna, więc chcą, by wszystko przebiegało tradycyjnie, a więc, chcieliby wziąć ślub. Dziecko urodzi się w lutym.

Znaleźć termin na kilkanaście tygodni przed ślubem to u nas rzecz niemożliwa do zrobienia. Najlepsze sale bankietowe i najgorsze remizy strażackie pozajmowane. Wszędzie właściciele rozkładają ręce i proponują, by czekać, bo może ktoś z sali zrezygnuje, ale takie rezygnacje zdarzają się niezwykle rzadko. Jeszcze rzadziej na dwa miesiące przed ślubem.

Rodzice Natalii chcą teraz, by odstąpiła siostrze swój termin. Monika także naciska, tłumacząc, że tego nie robi się siostrze.

Natalia siostrę kocha, ma ją przecież jedną na świecie. Wiedzą jednak, że gdy się zgodzą, sami ślub będą mogli wziąć dopiero po Nowym Roku. Konflikt z siotrą i rodzicami wisi w powietrzu.

środa, 10 sierpnia 2011

Od początku

Odwiedziłam kilka blogów, które znajdują się na platformie blogspot. Większość Autorów w pierwszym poście opisuje, że zwiała z Onetu. Z różnych powodów.
Ja także uciekam.
Pracy nie dostałam.
Czas zacząć na nowo.